Strona główna » ARTYKUŁY » WYJAZDY GOLFOWE » Golf – podróże – Republika Południowej Afryki
WYJAZDY GOLFOWE

Golf – podróże – Republika Południowej Afryki

Wielu sądzi, że Przylądek Dobrej Nadziei, odkryty w 1488 r. przez portugalskiego żeglarza i nazwany początkowo Przylądkiem Burz / Sztormów, jest najbardziej na południe wysuniętym punktem Afryki i rozgranicza Oceany Atlantycki i Indyjski. Błąd. Takim miejscem jest Półwysep Igielny, położony 160 km na płd.-wsch. od niego.

Jednak to Cape of Good Hope przeszedł do historii jako drogowskaz pokazujący europejskim okrętom, dokąd trzeba płynąć z południa i skręcić na wschód po azjatyckie bogactwa.

Można pojechać do Republiki Południowej Afryki, właśnie tam postawić swoją stopę, można z innych, różnych powodów: zobaczyć słynną Górę Stołową; przejechać Garden Route; odwiedzić Park Krugera lub wiele innych rezerwatów dziko żyjących zwierząt; posurfować na ogromnych falach przy Cape Town, nie bacząc na kłębiącą się poniżej w wodzie, chyba największą na świecie, populację rekinów ludojadów; pójść na grób Nelsona Mandeli, który po dwudziestu trzech latach spędzonych w więzieniu odmówił warunkowego wyjścia na wolność, zostając tam na kolejne pięć, aby cztery lata później zostać pierwszym czarnoskórym prezydentem RPA; popróbować słynnych południowoafrykańskich win, nie tylko z regionu Stellenbosch; odwiedzić Kapsztad, Durban, Johannesburg; zamieszkać na chwilę w którymś z luksusowych hoteli Sun / Lost City, aby np. pograć w kasynie; szukać partnerów biznesowych.

Można też, jak ja, z grupą podobnych zapaleńców, sprawdzić, jak wyglądają tam pola golfowe, bo to w końcu ojczyzna Gary’ego Playera, Bobby’ego Locke’a, Ernie’ego Els’a czy obecnie grających Charla Schwartzela, Louisa Oosthuizena i Rory’ego Sabatiniego.

Do RPA jechałem pierwszy raz w życiu i choć kraj kojarzył mi się z wieloletnim apartheidem i walką o równouprawnienie czarnych z białymi, to będąc średnio inteligentnym człowiekiem, nie chciałem całej swojej wiedzy sprowadzać do tego haniebnego okresu. Byłem ciekaw wszystkiego: historii, ludzi, krajobrazów, tego, jak to dziś wygląda.

Pierwszymi mieszkańcami tego kraju, jeszcze przed naszą erą, byli Buszmeni. Potem na te tereny zaczęli napływać Hotentoci, a od IX w. n.e. plemiona Bantu. Kolonizacja kraju zaczęła się w XVII w., głównie za sprawą chłopów holenderskich, zwanych w Europie Burami. Za nimi podążyli niemieccy protestanci i francuscy hugenoci.

Minęło prawie sto lat, zanim Brytyjczycy doszli do wniosku, że coś przegapili, i warto tam zaistnieć. A kiedy już na to wpadli, to ich wrogiem stali się wszyscy, także Afrykanerzy, czyli dawni Burowie i Zulusi, wywodzący się z plemion Bantu. Wiele wojen, w większości wygranych przez Anglików, doprowadziło w 1910 r. do powołania Związku Południowej Afryki.  Historia jak wiele innych na świecie, można by powiedzieć, gdyby nie to, że od początków kolonizacji wprowadzono tam segregację rasową.

U jej podłoża leżała doktryna kalwinizmu, według której Bóg stworzył odrębne rasy, z których każda ma inne prawa, cele i nie należy pozwalać na ich mieszanie, bo to może doprowadzić do wyginięcia rasy białej.

W latach 30. XX w. utworzono termin apartheid będący totalitarną ideologią wyższości rasy białej i determinujący ustrój państwa i prawa ludności w zależności od koloru skóry. W latach 50. zaostrzono jeszcze segregację, zakazując nie tylko mieszanych małżeństw, ale także kontaktów seksualnych pomiędzy takimi osobami.

System upadł dopiero w 1994 r.!

Jak to możliwe, żeby na progu XXI w. dzielono ludzi w zależności od barwy ich skóry?

Czy jednak mało niegodziwości przeżyliśmy do tej pory, żeby się temu dziwić?

To było tak samo możliwe, jak Święta Inkwizycja i palenie na stosach „czarownic”, kiedy to Kościół katolicki wymordował w ciągu sześciuset lat prawie milion ludzi, bo tylko wiara chrześcijańska była jedyną słuszną, i tak samo możliwe jak Hitler i naziści, którzy uznali Słowian, Żydów, Romów i inne narody za podludzi, co pozwoliło im niejako w majestacie prawa zagazować i wymordować wiele milionów istnień, i pewnie tak samo możliwe jak Stalin mordujący obywateli własnego kraju w imię oczyszczenia społeczeństwa z „elementów” obcych ideowo i walki klasowej, itp. itd.

Ilu Murzynów ze wschodniej i południowej Afryki wywieziono za ocean w charakterze niewolników, ilu zapędzono do pracy na plantacjach w Afryce, ilu zabito – trudno oszacować, choć liczby idą w miliony.

Oglądałem transmisję z okazji 75. rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz. Jeden z byłych więźniów tego strasznego, nazistowskiego obozu śmierci – Marian Turski – zadał publicznie pytanie: „Gdzie byliście wszyscy, jak to się dokonywało?”

Minęło trzydzieści lat od tamtych czasów i świat patrzył obojętnie, jak Pol Pot i Czerwoni Khmerzy mordowali 2 mln sióstr i braci.

Minęło kolejne dwadzieścia lat i świat nie reagował, gdy w sto dni Hutu wymordowali milion Tutsi.

Mijają kolejne dwie dekady i patrzymy, jak w wojnie domowej w Syrii prezydent al-Asad zabił już ponad pół miliona ludzi.

A terroryści islamscy, którzy z imieniem swego boga na ustach, Allacha, wysadzają domy, lotniska, bazary, zabijając niewinnych ludzi?

Straszny jest ten nasz świat. Czy te zbrodnie się kiedyś skończą?

Wracając do RPA – Związek Południowej Afryki zmienił nazwę na Republikę Południowej Afryki w 1961 r., uniezależniając się jako wolne i niepodległe państwo od Korony Brytyjskiej.

To duży kraj, ze stolicą w Pretorii, o powierzchni ponad 1,2 mln km², zamieszkały przez prawie 60 mln ludzi, gdzie czarni stanowią 80% (z tego Zulusi prawie 13 mln – 23%), mulaci niecałe 9%, biali trochę ponad 8% i Azjaci ponad 2% ludności.

  Zapakowaliśmy więc grzecznie do samolotu siebie samych, kije golfowe i po przesiadce w Zurychu wylądowaliśmy w Kapsztadzie, a działo się to w marcu, ładnych parę lat temu.

Na lotnisku szybka przesiadka w mały samolocik do George, a cel podróży to Fancourt Golf Resort, jakieś 430 km na wschód od Cape Town, podobno najlepszy resort golfowy w RPA.

Zadekowaliśmy się w domkach na terenie resortu i rozpoczęliśmy wakacje.

Na miejscu trzy pola golfowe: The Links, Montagu i Outeniqua. Zagraliśmy na drugim, a potem zrobiliśmy wypad na Ooubai Golf Course, 20 km na południe, nad sam ocean. Trzeciego dnia naszym łupem padł The Links – najlepsze pole w Południowej Afryce i jedno z najładniejszych, na jakich kiedykolwiek grałem. Bajka może być zbyt słabym określeniem na moje wrażenia.

Ostatniego dnia pobytu w tym miejscu pojechaliśmy na Pinnacle Point, tym razem na płd.-zach. Tak blisko, a tak inaczej, mogę w skrócie powiedzieć. Pole golfowe na klifach, nad samym oceanem, z widokami zapierającymi dech w piersiach. Wow! 

Prosto stamtąd busikiem na zachód trasą Garden Route – to 300-kilometrowy odcinek płd.-wsch. wybrzeża Afryki Południowej, który rozciąga się od Witsand w Western Cape do granicy rzeki Tsitsikamma Storms na Wschodnim Przylądku. Nazwa pochodzi od spotykanej tutaj zieleni i różnorodności ekologicznej oraz licznych ujść rzek i jezior wzdłuż wybrzeża. Podróżując, podziwialiśmy więc widoki i wspominali dwa wspaniałe pola, na których zagraliśmy.

W Cape Town zamieszkaliśmy w Ellerman House, małym butikowym hotelu na klifie, z super designem, doskonałą atmosferą i kapitalnym widokiem na ocean.

W kolejnych dniach zagraliśmy w:

– De Zalze Golf Club położonym ok. 50 km na wsch. od Cape Town, u podnóża góry Stellenbosch w regionie o tej samej nazwie. To drugi w historii RPA region winnic i jednocześnie najlepszy oraz najbardziej znany na świecie. W tym centrum winiarskich poszukiwań na południu Afryki można spotkać największą liczbę prywatnych winnic. Dużo jakościowych win afrykańskich pochodzi właśnie z tego terenu. Region ten dzięki bliskości morza ma chłodniejszy klimat od regionu Paarl, co umożliwia wytwarzanie bardziej finezyjnych win niż na północy. Z uwagi na duże różnice podłoża (gleby osadowe w dolinie i granitowe na zboczach) oraz występowanie zróżnicowanych mikroklimatów okręg ten oferuje najbardziej urozmaicony wybór win w Afryce Południowej.
Stellenbosch jest podzielony na pięć oficjalnych okręgów: Simonsberg, Bottelary, Devon Valley, Papegaaiberg i Jonkershoek Valley.
Z odmian czerwonych uprawia się tu: Cabernet Sauvignon, Merlot, Shiraz, Pinotage i Cabernet Franc. Z odmian białych szczególnie dobrze przyjęło się Chardonnay, ale dobre wina powstają również z Chenin Blanc, Sauvignon Blanc, Semillon i Crouchen Blanc.

źródło: De Zalze Golf Club

Po grze w golfa nie mogliśmy więc sobie odmówić wizyty w jednej z winnic, szczególnie że jej właścicielem jest Ernie Els, jeden z najlepszych kiedyś golfistów na świecie;

– Royal Cape Golf Club, prawie że u podnóża Góry Stołowej, tuż obok miasta;

– Paarl Golf Club, na pół-wsch. od Kapsztadu, w kolejnym znanym regionie winnic.

To tam, jadąc, widzieliśmy ciągnące się kilometrami wzdłuż drogi slumsy, ogrodzone murem lub wysoką siatką. Apartheidu już nie ma, ale rozwarstwienie społeczne, związane z kolorem skóry, ciągle jest żywe i ogromne.

Wieczory w Cape Town spędzaliśmy, łażąc po mieście, oglądając jego architekturę, zwiedzając bary i kończąc dzień w polecanych knajpkach.

Pomni wielu ostrzeżeń, wypytaliśmy się najpierw, czy to jest bezpieczne i czy nikt nas nie napadnie, o gorszych rzeczach nie mówiąc. Dostaliśmy jednak zdecydowaną odpowiedź, że centrum miasta jest bezpieczne. Można spacerować po ulicach nawet po zmroku i nic nam się nie stanie. To nie Johannesburg, powiedziano nam, choć wjeżdżając do downtown, widzieliśmy wiele rezydencji otoczonych wysokim murem z zasiekami na szczycie i strażnikami stojącymi przed bramami wjazdowymi z karabinami w rękach.

W samym centrum było jednak rzeczywiście spokojnie i bezpiecznie, a jedzenie serwowane w różnych restauracjach smaczne i godne polecenia, szczególnie gdy towarzyszyło im zacne białe lub czerwone południowoafrykańskie wino.

Parę dni na Garden Route i parę w Cape Town minęło, jak to zwykle na wakacjach bywa, jak z bicza strzelił. 

Zagraliśmy w golfa na dwóch wspaniałych polach, na paru niezłych i na paru średnich. Zobaczyliśmy Górę Stołową, Cape Town, surferów szukających dużych fal wśród rekinów, okropne slumsy i piękne widoki. Warto było tam się wybrać.

Szkoda tylko, że tak krótko trwała ta wycieczka i tak niewielki teren objęła.

Piękny kraj z paroma różnymi strefami klimatycznymi, zróżnicowany geograficznie, kulturowo i rasowo.

Nie starczyło tym razem czasu na inne pola, inne miejsca i parki narodowe z dzikimi zwierzętami.

Jest więc po co wracać, bo golf to nie tylko wspaniała gra, ale także okazja do zwiedzania świata.

Pozdrawiam

Pasyn

Instagram: Traveling4golf

Facebook: Wojciech Pasynkiewicz

Facebook: Fanpage – Pasyn travelling4golf

E-mail: w.pasynkiewicz@upcpoczta.pl

Wojciech Pasynkiewicz

Lekarz z wykształcenia, manager z zawodu.Gra w golfa od 2003 roku.Członek First Warsaw Golf & Country Club.Członek wspierający PGA Polska
Handicap: 14,0
Pasjonat i popularyzator golfa. Od 8 lat jeździ po świecie opisując i kategoryzując pola golfowe Prowadzi blog Travelling4Golf.
Rodzina: żona i dwóch synów

Dodaj komentarz

Kliknij tutaj aby dodać komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.