WYJAZDY GOLFOWE

Tajlandia Mon Amour: Gdzie jest król, czyli Kac Bangkok na dzikim zachodzie.

Uciekłem, z kraju dobrej zmiany, uciekłem. Od  KNF, Marka Ch. , Jarosława K., uciekłem. Od pogody też uciekłem, ale nie tak bardzo. W ubiegłym roku nie uciekałem, teraz uciekam.

Uciekłem na dwa tygodnie, takie z okładem dwa , na golfowy, treningowo-wypoczynkowy obóz Krzyśka Czupryny Target 54.

Ponieważ miejsce ucieczki znajdowało się w Tajlandii, chciałem tak jak przed rokiem, załapać się na któregoś ze smoków Deneris, ale zrodzona z burzy, pierwsza tego imienia, gdzieś przepadła i zostały mi linie Emirates.

Z Warszawy do Dubaju 5 godzin, kolejne 5 czekania na lotnisku i 6 do Bangkoku. Długo. Oczekiwanie w Dubaju umilił nam Diners Club, którego salonik nas w potrzebie przytulił i zrobiło się wesoło. Jak to w salonikach wesoło, aż zabrakło lodu.

Ostrzeżenie : z plecaczkiem nie wchodzić.

W klasie ekonomicznej masz prawo do 20 kg bagażu, zamiennie za  walizkę może być torba golfowa + bagaż podręczny w sztukach jedna. Żadnego plecaczka. Plecak to już druga sztuka i takiej sztuki nie wniesiesz. Za każdy dodatkowy kilogram płacisz. Takie się Emiraty narobiły. Z dawnej świetności zostały ładne czerwone kapelusiki ze zwisającą chusteczką. Wolałbym jednak zabrać plecaczek.

Target 54 – a miało być tak pięknie.

Nie pierwszy to obóz z Krzyśkiem wiele więc sobie po nim dobrego obiecywałem. Trzy rejony Tajlandii, dziesięć pól, w tym przynajmniej dwa, a może i trzy najpiękniejsze na świecie. Tajskie jadło i wrzątek w powietrzu. Raj!

Niestety, już w trakcie lotu szczęście mnie opuściło. Okazało się, że łatwiej uciec przed dobrą zmianą niż przed turniejami.

Jakiś czas temu, na łamach magazynu Golf & Roll, obwieściłem światu nadejście najpiękniejszego dnia w moim życiu. Po turnieju DB Polish Masters napisałem tak  „ Wygrałem ? Wręcz przeciwnie, zagrałem fatalnie. Żebym zagrał źle, nie było by sprawy, dalej bym rokował, ale zagrałem fatalnie, beznadziejnie i szkoda słów. I, o dziwo, moja fatalna, beznadziejna i szkoda słów gra zaowocowała najpiękniejszym dniem w golfowym życiu.

ZREZYGNOWAŁEM, OSTATECZNIE, DEFINITYWNIE, NIEODWOŁALNIE Z GRY W TURNIEJACH GOLFOWYCH !!!

Po tej ostatecznej, nieodwołalnej i definitywnej decyzji poczułem taką ulgę, że zaliczyłem ten dzień do najpiękniejszych w życiu.„ – tak pisałem.

A na miejscu, w Bangkoku, informacja  –  Turniej !. Nie jeden, a cała seria. Wszyscy uczestnicy obozu, w liczbie dziewięciu, skaczą z radości, opracowują strategię, wymieniają się koszulkami, a ja leżę na deskach jak po tajskim kopniaku. Tutaj kopią. Taki zwyczaj.

Między kokosową zupą , a krewetkami w garliku ogłoszono otwarcie Rider Cup Tajlandia 2018. Ameryka kontra Europa. Gry zespołowe, indywidualne, match play’e i tak osiem dni, dzień w dzień.

Co na to moja turniejofobia? Szczerzyła z radości zęby i cedziła mi do ucha „nie uciekniesz przed turniejami Jacusiu, nie uciekniesz. I będziesz miał trzęsiawkę i radości niewiele i utuczę się na twoim strachu” Utuczyła się bestia, 3 kilo utyłem, ze stresu utyłem.  Przecież nie na krewetkach.

Ok, wyżaliłem się, koniec. Ani słowa więcej o turniejach.

Król umarł, niech żyje król.

Przechodzimy do króla. Króla nie ma. Umarł i zostawił gdzieś, nie wiadomo gdzie, 30 miliardów dolarów. Był najbogatszym panującym monarchą. Już nie jest, bo go nie ma. Śmierć jest demokratyczna tak jak golf demokratyczna. Bez względu na zasobność i tak cię dopadnie. W golfie też cię dopadnie, wprawdzie nie zejściem z tego świata, ale, na przykład, beznadziejną grą. I możesz mieć miliony i tak będziesz robił chicken wing i piłka w krzaki. Takie przemyślenie.

Kończymy z królem, bo temat śliski. Obywatel brytyjski, na bezrozumnej bani obywatel, domalował królowi na plakacie wąsy. Dostał 37 lat więzienia. Wprawdzie miłosierny król po roku go ułaskawił, ale po roku w tajskim więzieniu, obywatel nie bardzo wiedział czego jest obywatelem.

Teraz jest nowy król, ale i tak, jak zawsze, rządzi wojsko. Już dwa razy, prawie,  oddawali władzę, ale wtedy gdzieś wybuchała bomba i nie oddawali. Nie można oddawać jak wybucha bomba. U nas też wybuchła bomba z KNF i nie oddali. Dalej rządzą i mają sukcesy, o czym ostatnio poinformował nas Pan Premier.

Króla odnaleźliśmy, przechodzimy do dzikiego zachodu.

Jak już wiemy w Tajlandii rządzą wojskowi, tak więc najbardziej poszukiwanym zawodem w tym jakże pięknym kraju, jest wojskowy, szczególnie generał. Generała policji też każdy Taj weźmie w ciemno. I takich generałów mieliśmy przyjemność poznać. No może nie dosłownie, ale poznaliśmy ich pola.

Golf w kolorze moro.

Generał od wojska gra na polu Rancho Charnvee, od policji, jak przystało na miłośnika dzikiego zachodu i serialu z rodziną Cartwrightów, na polu Bonanza. Wojskowy ma stadninę koni, które uwielbia, pełnowymiarowy pas startowy dla swojego samolotu i kuter rybacki na jednym z jeziorek, które trzeba przebić. Jednak kuter zatonął. W tym roku, na stawie, jest łódź podwodna tyle tylko, że w zanurzeniu i nie widać. A co ma generał policji? Ma wykutego z brązu generała Cartera, bizony, sztuk jeden, jelenie i dziki pasące się na rafach, nie koralowych, a golfowych. Ma też wielki dwór, naprawdę wielki, a dla golfistów mniejsze dworki drewniane. Oba pola są godne polecenia, ale tylko godne. Tajlandia ma pól piękniejszych i godniejszych polecenia tyle, że nie zliczysz.

Pola policzymy i opiszemy w kolejnym odcinku, w tym jeszcze garść informacji o życiu golfisty po golfie.

Thai strong masage – łagodne łamanie kości.

Gdzie idzie po grze prawdziwy golfista ? Na masaż idzie. A gdzie w Tajlandii na masaż się idzie? Wszędzie się idzie. Tajlandia masażem i restauracjami stoi. Idziesz ulicą i masz : restauracja, masaż, restauracja, masaż, restauracja, masaż. Jedyny dylemat, który salon wybrać?. To proste, z najładniejszymi Tajkami. Restaurację wybieramy po ilości skuterów na parkingu.

No to na masaż. Wchodzimy, otacza nas wianuszek egzotycznych pań i wybieramy. Nie panią wybieramy, a rodzaj masażu. Masaż tradycyjny, tajski z olejkiem, samych stóp lub całych nóg. Sportowy z głową lub bez głowy itd. Caddy zamówiła z aloesem, ja tajski z olejkiem. Okazało się, że wybór masażu  wg urody nie ma najmniejszego sensu. Zanim się dobrze rozejrzałem po okolicy zostałem przykryty kapturem jak w Guantanamo i tyle oprawczynię widziałem. Masage strong, czy medium, padło po tajsku pytanie. Strong, odpowiedziałem, wszak jak Polak to strong i pożałowałem. Kiedy moja głowa wylądowała pomiędzy moimi, podkreślam, moimi nogami i kręgosłup niebezpiecznie zaskrzeczał, wybłagałem medium. Wprawdzie i tak dalej trzeszczałem, ale mniej boleśnie. Czego w tym masażu nie było. Ugniatanie, pocieranie, klaskanie, nóg wyłamywanie. Najgorsze z tego wszystkiego było wyrywanie palców. Palucha nie wyrwała.  Żeby nie było, że nie dała rady, wyemitowała dźwięk wyrywania własnym palcem. Za godzinę tych, zbyt krótkich, cierpień zapłaciłem 500 batów czyli 50 złotych.

Na dzisiaj tyle. W kolejnym odcinku gdzieś zagramy, przejedziemy się skuterem i zjemy prezerwatywę. Małą, na deser.

Jack Holmes – jacek zaidlewicz

Jacek Zaidlewicz

HCP: 14

Komentarze

Kliknij tutaj aby dodać komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  • Jacus – nie moge sie doczekac opisu z detalami Rider Cup!! :)… No i te pola opisz i zdjecia dodaj!!! cheers

    • W artykule napisałem : Ok, wyżaliłem się, koniec. Ani słowa więcej o turniejach. I tak będzie. Ani słowa. Nie dam się ponownie zabić. Wspomnieniami, oczywiście, zabić.

  • Drogi Jacku,
    Dawno nie zaglądałem na stronę Golf Guru więc z prawdziwą przyjemnością zapoznałem się z Twoimi opisami pól golfowych jak i golfowymi wyczynami które opisujesz jak zwykle w swoim niepowtarzalnym stylu. Zapewniam Ciebie, że taki laik gry w golfa jak ja czyta je z przyjemnością i częstym uśmiechem na twarzy.
    A ponieważ piszesz również o swoim wieku i o fizjoterapeutach którzy żyją między innymi dzięki osobom dla których ruch i aktywność sportowa jest bardzo ważna, zadałem sobie dość pesymistyczne pytanie (być może pod wpływem moich ostatnich szpitalnych przeżyć) – jak długo jeszcze to potrwa?
    Warunkiem bym wsiadł na mojego kochanego skiefa o nazwie AQUARIUS stojąc w wodzie obok niego jest podniesienie wysoko nogi i oparciu jej na burcie, po czym następuje faza wsparcia się na niej i wsunięcia dupy na przesuwające się po szynach siedzisko, podniesienia drugiej nogi i przeniesienia jej również na burtę. W tym czasie aby zachować balans i nie wpaść do wody dłonie muszą trzymać długie wiosła tak by ich pióra leżały poziomo na wodzie. By to było możliwe trzeba mieć dość silne ramiona. By uruchomić taką łódkę trzeba mieć nie tylko sprawne dłonie i ramiona ale również ich stawy. Dotyczy to również stawów kolanowych, biodrowych jak i samych pleców ale i brzucha. Widzę więc tu podobieństwo sprawności ruchowej do golfa. Mając w kręgosłupie dwie blachy skręcone sześcioma śrubami, mając bóle w ramionach promieniujące od tegoż kręgosłupa i często nie pozwalające spać na boku pływam ciągle bo to mi sprawia ogromną frajdę i przynosi potrzebne wyciszenie, a może nawet jest ucieczką od rzeczywistości. Sam wiesz, że obcowanie z naturą to zupełnie inna rzeczywistość. Teraz mając dwie siatki w podbrzuszu zaczynam czuć się trochę jak cyborg, ale wiem że z nastaniem wiosny łódka wyląduje na wodzie, a rower zdjęty z wieszaka. Niestety biegi i narty mam z głowy. I tu wrócę do postawionego pytania w obliczu faktu, że czas tak szybko biegnie, że nie powiem zapierdala. Jak długo jeszcze będę mógł unosić te nogi by wsiąść na łódkę? Jak długo moje ramiona będą w stanie utrzymać tą łódkę w balansie umożliwiającym pływanie? Jak długo jeszcze kije golfowe zamiast służyć do uderzenia staną się laskami w zastępstwie ortopedycznego balkonika podtrzymującego ciało? Kiedy staniemy się śmieszni w tym co robimy, a może nawet żenujący?
    Pociechą dla mnie jest udowodniony przez fizyków zajmujących się fizyką kwantową fakt, że jesteśmy przestrzenią wypełnioną energią która jest nieskończona i powiązana z wszechświatem. Pozostaje pytaniem jak ta energia zostanie spożytkowana, gdy materia przestanie pływać na skifie i grać w golfa?
    Serdecznie pozdrawiam
    Grzegorz

Newsletter

SKLEPY GOLFOWE

Jacek Zaidlewicz

HCP: 14